Każdy medal mistrzostw Polski w gablocie WKK ma swoją historię. Za sprawą dramatycznego finału rozegranego w legendarnej Kosynierce złoto zdobyte przez rocznik 1998 dziesięć lat temu smakowało szczególnie.
W maju 2016 roku hala przy ulicy Mieszczańskiej gościła turniej finałowy mistrzostw Polski U18. Do Wrocławia przyjechali wówczas zawodnicy, którzy do dziś występują w profesjonalnej koszykówce. Późniejszy mistrz Polski Jakub Musiał był kapitanem Śląska Wrocław. Łukasz Kolenda, który niedawno podpisał kontrakt w lidze hiszpańskiej, bronił barw Trefla Sopot. Z kolei w składzie MKS-u Dąbrowa Górnicza znaleźli się Aleksander Załucki oraz wychowanek WKK Mateusz Szczypiński.
Zespół WKK rocznika 1998 miał za sobą dwa mistrzostwa Polski w młodszych kategoriach, a jego trzon stanowili również złoci medaliści MP U18 z 2015 roku. Michał Jędrzejewski źródeł siły tamtej drużyny szuka nie w medalach, lecz w relacjach między zawodnikami:
Mieliśmy w drużynie bardzo dużo talentu. Na ławce był trener Tomasz Niedbalski, który wiedział, jak wyciągnąć z nas to, co najlepsze, ale myślę, że najważniejszy był fakt, iż graliśmy ze sobą bardzo długo. Większość z nas była wychowankami WKK i bardzo się lubiliśmy poza parkietem, co pomagało w trakcie gry.
Zawodnicy z ulicy Czajczej przeszli przez turniej jak burza. Fazę grupową zakończyli z bilansem 3:0 i z pierwszego miejsca awansowali do półfinału. W meczu o finał pokonali Trefl Sopot 82:68. W decydującym spotkaniu czekało ich jednak jeszcze większe wyzwanie – derbowe starcie z gospodarzem turnieju, Śląskiem Wrocław. Rywale nie tylko walczyli o złoto, lecz także bronili własnej hali – jednej z najbardziej charakterystycznych w Polsce.
Układ Kosynierki sprawia, że jest ona przykładem tak zwanego koszykarskiego kurnika i bardzo trudnym terenem do gry – mówi „Jędrzej”.
To właśnie podczas tamtego finału Niedbalski w pełni zrozumiał fenomen tego obiektu:
Nigdy wcześniej nie widziałem na Mieszczańskiej tylu ludzi. Kiedy brałem przerwę na żądanie, czułem, że oprócz zawodników mówiłem również do kibiców siedzących tuż za ławką. Można powiedzieć, że klimat był niczym w NBA.
Atmosferę rodem z najlepszej ligi świata zapamiętał również wychowanek Śląska, a obecnie zawodnik pierwszoligowego zespołu z Opola – Borys Baran, który oglądał spotkanie zza linii końcowej:
Razem z kolegami z drużyny mieliśmy trzymać tabliczki z nazwami zespołów podczas ceremonii zakończenia turnieju. Miałem dziesięć lat, więc pamiętam ten mecz trochę jak przez mgłę, ale w pamięci pozostały mi fantastyczna atmosfera na trybunach i aura zawodników obu drużyn. W mojej głowie byli oni niczym koszykarze NBA.
Niedbalski wiedział, że historia bezpośrednich pojedynków obu ekip dodatkowo podgrzeje rywalizację:
Wiedzieliśmy, że to będzie trudne spotkanie. Dwa lata wcześniej w dramatycznych okolicznościach pokonaliśmy Śląsk w finale mistrzostw Polski U16, co dodawało kolejnemu finałowi zaciętości.
W pierwszej połowie warunki dyktował Śląsk. Jędrzejewski zapamiętał przede wszystkim skuteczność gospodarzy zza łuku:
Mecz nie układał się po naszej myśli. Śląsk od początku trafiał z wysoką skutecznością za trzy, a my nie byliśmy w stanie znaleźć odpowiedzi.
WKK schodziło do szatni z ośmioma punktami straty. Niekorzystny wynik nie wywołał jednak zwątpienia wśród zawodników z ulicy Czajczej:
Ani przez chwilę nie myśleliśmy, że możemy to spotkanie przegrać.
Wolę walki napędzało doświadczenie z poprzedniej finałowej potyczki ze Śląskiem. Ówczesny rozgrywający WKK, a dzisiaj zawodnik pierwszoligowej Noteci Inowrocław, Jakub Kobel wiedział, że jego zespół wychodził już z większych kłopotów:
W finale U16 przegrywaliśmy nawet dwudziestoma punktami, a mimo to udało nam się wygrać. Tutaj straty były mniejsze, więc wiedzieliśmy, że jesteśmy w stanie je odrobić.
Po powrocie na parkiet WKK ruszyło do odrabiania strat, jednak Niedbalski nie zamierzał gwałtownie podkręcać tempa gry:
Nie chcieliśmy grać szybko, bo to mogło spowodować zbędną panikę. Pamiętam, że powtarzałem chłopakom, żeby skupiali się tylko na kolejnej akcji.
W trzeciej części spotkania Jakub Kobel dał prawdziwy popis swoich umiejętności. Rozgrywający wziął ciężar gry na siebie i w ostatnich trzech minutach kwarty zdobył 9 z 21 punktów, które uzbierał w całym meczu:
Czułem, że jestem w bardzo dobrym rytmie i trafiałem seriami. Do dzisiaj lubię brać odpowiedzialność za grę zespołu, więc być może właśnie wtedy się to zaczęło.
Po kolejnej udanej akcji Kobela komentator określił ten fragment spotkania mianem „Jakub Kobel Show”. Seria rozgrywającego zmieniła nie tylko wynik, lecz także nastawienie całej drużyny:
Przewaga Śląska stopniała, a my poczuliśmy, że jesteśmy na drodze do wygranej – mówi Michał Jędrzejewski.
Decydującą kwartę WKK rozpoczynało już z zaledwie jednym punktem straty. Po trzeciej części spotkania role się odwróciły, a presja przeszła na gospodarzy:
W czwartej kwarcie presja była na Śląsku, który stracił bezpieczną przewagę – mówi Niedbalski.
W kolejnych minutach tłum zgromadzony w Kosynierce był świadkiem prawdziwego koszykarskiego boju. Żadna z drużyn nie zamierzała ustąpić. Przy stanie 62:60 pozornie nieistotny splot okoliczności otworzył jednemu z rezerwowych drogę do najważniejszego rzutu finału:
W tamtym momencie Dominik Rutkowski skaleczył się w palec i zgodnie z przepisami musiał zejść na ławkę. W jego miejsce pojawił się Kuba Wnorowski.
Do tamtego momentu Wnorowski nie wyróżniał się w turnieju. Niedbalski pamiętał jednak mecz, w którym popularny „Wnorek” zaskoczył wszystkich:
Potrzebowaliśmy trójki. Nagle przypomniało mi się, że Wnorek w jednym z meczów tamtego sezonu rzucił 55 punktów i trafił 12 trójek. Postawiłem na niego, mimo że mój asystent Sebastian Potoczny spojrzał na mnie z dozą niezrozumienia.
Wnorowski był jednak na taki moment gotowy:
Dwie minuty wcześniej wszedłem na parkiet. Trener wiedział, że jestem w stanie zagrozić zza łuku, ale przed wejściem zapytał mnie, czy trafię trójkę. Odpowiedziałem, że trafię. Pierwsza próba nie wpadła.
Po niecelnym rzucie Wnorowski wrócił na ławkę. Krew na palcu Dominika Rutkowskiego dała mu jednak jeszcze jedną szansę. Niespełna minutę później wybiegł na lewe skrzydło, otrzymał podanie od Kuby Kobela i oddał rzut:
Nawet nie spojrzałem na kosz. Po prostu dostałem piłkę i rzuciłem, bo tak kończyła się zagrywka. Miałem mniej miejsca, niż powinienem, bo spacing był lekko zaburzony. Potem na nagraniu zobaczyłem, jak blisko było, żeby Tomek Żeleźniak mnie zablokował, ale na szczęście piłka wpadła.
Dla Niedbalskiego właśnie ten rzut był punktem zwrotnym finału:
Celną trójkę Wnorka do dzisiaj wspominam jako „the shot”, który dał całej drużynie impuls pozwalający nam przełamać Śląsk.
Jakub Musiał szybko odpowiedział na rzut Wnorowskiego celną próbą z półdystansu. Chwilę później WKK straciło piłkę, dając Śląskowi szansę na powiększenie prowadzenia. Na 46 sekund przed końcem Kobel wymusił jednak faul w ataku Sebastiana Bożenki:
Myślę, że obok trójki Wnorka był to drugi kluczowy moment końcówki tego spotkania.
Poświęcenie w obronie się opłaciło. W kolejnym posiadaniu Dominik Rutkowski zaatakował z prawego skrzydła. Środkowy Śląska Olaf Wysocki zamknął mu jednak drogę do pola trzech sekund, dlatego Rutkowski odrzucił piłkę na obwód. Ta trafiła do Michała Jędrzejewskiego, który pierwszym krokiem minął Jakuba Musiała, a następnie ominął ręce Wysockiego i wykończył dwutakt. Kolejne rzuty gospodarzy nie znalazły drogi do kosza.
Ostatnie punkty do zwycięstwa dołożył z linii rzutów wolnych Jakub Kobel. Po pierwszej celnej próbie, dającej WKK czteropunktowe prowadzenie, odwrócił się w stronę ławki Śląska i gestem zasugerował rezerwowym rywali oraz kibicom krzyczącym zza ławki, aby byli cicho. Po drugim rzucie, zamykającym spotkanie, rozgrywający WKK zaczął machać rywalom na pożegnanie. Kobel tłumaczy swoje zachowanie emocjami końcówki, odcinając je od jakiejkolwiek złej krwi:
Zawsze lubiłem wymianę zdań i interakcje z ławką przeciwnika. Zagrałem wtedy bardzo dobry mecz i myślę, że te gesty były efektem emocji. Do dzisiaj mam kontakt z chłopakami ze Śląska, śledzę ich poczynania i im kibicuję.
Ostatecznie WKK zwyciężyło 69:64. Po latach Niedbalski najbardziej ceni dojrzałość, z jaką jego zawodnicy odwrócili losy finału:
Ten finał nie układał się tak, jak chcieliśmy. Tym większy szacunek należy się chłopakom, bo kiedy wpadli w tarapaty, zachowali spokój, a końcówkę rozegrali wręcz po mistrzowsku.
Po syrenie końcowej hala rywala zza miedzy została przejęta przez WKK. Kobel najmocniej zapamiętał jednak nie swoje 21 punktów ani gesty w stronę rywali, lecz obraz wspólnej radości:
Najbardziej pamiętam radość po zakończeniu spotkania. Po dziesięciu latach dalej mam przed oczami obraz naszych kibiców, rodziców i znajomych, którzy także wbiegli na parkiet. Mam wrażenie, że świętowało z nami pół Kosynierki.
Dla prezesa WKK Przemysława Koelnera tamten finał pozostaje kwintesencją sportu zespołowego:
Takie mecze są dla mnie kwintesencją koszykówki – sportu zespołowego. Mistrzostwa nie są zdobywane tylko przez liderów. Kluczem do złota są zawodnicy, którzy znajdują się dalej w rotacji, ale kiedy dostają zadanie, wykonują je.
Niedbalski wyciągnął z tamtego spotkania lekcję, która wykracza poza historię jednego rzutu:
W trakcie turnieju finałowego każdy zawodnik musi wierzyć w to, że może zostać bohaterem. Możesz nie wyróżniać się w czterech meczach, ale jeden celny rzut może sprawić, że dasz swojej drużynie mistrzostwo.
W tamtym finale wystarczyła jedna akcja, by zawodnik drugiego planu na zawsze został jednym z bohaterów WKK. W kolejnym odcinku serii „WKK 2006–2026” poznacie następne generacje bohaterów wychowanych w koszykarskiej kuźni przy ulicy Czajczej.