Przez kilka lat ich historia układała się według niemal idealnego sportowego scenariusza. Najpierw przegrywali z Albą Berlin, a później wrócili do Niemiec i pokonali ją różnicą 24 punktów. W Polsce zdobyli dwa mistrzostwa, a ich trener słyszał, że tak grającego zespołu młodzieżowego jeszcze nie widziano. Rocznik 2001 stał się jedną z najmocniejszych drużyn w historii szkolenia WKK Wrocław. Później każdy z jego zawodników zaczął pisać własny scenariusz.
– Ta drużyna miała pozytywnych liderów, chłopców, którzy za koszykówkę daliby się pokroić. Praca polegała więc częściej na tym, żeby ich czasami hamować, niż pchać do czegokolwiek lub dodatkowo zachęcać – wspomina trener Łukasz Dziergowski, który przeszedł z rocznikiem 2001 drogę od pierwszych treningów do dwóch mistrzostw Polski.
Pierwszym oknem na większy koszykarski świat stały się turnieje międzynarodowe. Podczas jednego z nich, w Gdańsku, WKK zajęło drugie miejsce, przegrywając z Albą Berlin. W jej barwach występował wówczas między innymi Franz Wagner, późniejszy mistrz świata z reprezentacją Niemiec i zawodnik Orlando Magic.
– Nasi zawodnicy się wtedy otworzyli. Uwierzyli, że można rywalizować na takim poziomie i że nasza praca zmierza w dobrym kierunku. To stało się kolejnym kołem napędowym, dzięki któremu jeszcze bardziej wkręcili się w koszykówkę – opowiada Dziergowski.
Każdego roku WKK jeździło na trzy lub cztery mocno obsadzone turnieje w Polsce i za granicą. Wspólne wyjazdy budowały drużynę nie tylko na parkiecie. Razem z zawodnikami podróżowali rodzice, którzy z czasem stworzyli jedną z najbardziej charakterystycznych grup kibicowskich w młodzieżowej koszykówce.
– Byli mocno zaangażowani w życie całego zespołu i należy im się za to szacunek. Hasło „I raz, i dwa, i WKK” rozpropagowali w całej Polsce. Na każdym turnieju tworzyli taką oprawę, jakiej nie powstydziłby się niejeden klub piłkarski.
Za atmosferą na trybunach szedł poziom sportowy, który osiągnął nowy szczyt po zgrupowaniu kadry Dolnego Śląska w Twardogórze. Przed jego rozpoczęciem zawodnicy opowiedzieli Dziergowskiemu o… Mateuszu Kaszowskim.
– Powiedzieli mi: „Trenerze, na mistrzostwach szkół podstawowych był chłopak z Podkarpacia. Fajnie gra, mamy z nim kontakt i jest w porządku”. To była rekomendacja samej grupy, a to miało znaczenie. Jeżeli do zespołu przychodzi ktoś, kogo pozostali nie akceptują, zawsze może się pojawić kij w szprychach.
Mateusz przyjechał na zgrupowanie w Twardogórze z ojcem i wieloletnim kierownikiem drużyny z Łańcuta. Został z kadrą przez kilka dni, a od września dołączył do WKK i klasy sportowej w gimnazjum.
– Z Mateuszem wskoczyliśmy wtedy na jeszcze wyższy poziom – wspomina trener.
Dziergowski nie przypomina sobie, żeby przez cztery lata jego zespół zakończył którykolwiek z turniejów poniżej drugiego miejsca. Chłopcy regularnie mierzyli się z silnymi rywalami z Polski, Niemiec, Francji, Litwy, Czech, Słowacji, a kolejne zwycięstwa wzmacniały ich przekonanie, że mogą grać z każdym.
Najbardziej symboliczny moment przyszedł w styczniu 2015 roku. WKK wróciło do Berlina na Alba Winterturnier i wygrało wszystkie mecze.
– Najniższą przewagą – 24 punktów – pokonaliśmy właśnie Albę. Wcześniej wygrywała z nami każdy mecz, ale nasz rozwój i wykonana praca zaczęły przynosić efekty. Kibice i rodzice przecierali oczy ze zdumienia, że przyjechali chłopcy z Polski i na jej terenie tłukli wielką Albę.
Te zwycięstwa nie były przypadkowe. To był efekt pracy nad elementami, których w młodzieżowej koszykówce nie zawsze uczono wówczas z taką konsekwencją. Zawodnicy mieli świetne fundamenty: pracę nóg, rzut, kozłowanie i podania. Do tego dochodziły współpraca, timing, spacing, gra bez piłki oraz umiejętność wykorzystywania podania do tworzenia przewagi.
– Potrafiliśmy robić rzeczy, które do dziś nie zawsze widzę nawet w pierwszej lidze czy w zespołach seniorskich. Chodzi o rozumienie koszykówki, świadomość tego, co robimy na boisku, jak się poruszamy i kiedy należy wykonać określony ruch. Słyszałem wiele opinii, że tak grającego rocznika czy takiej drużyny jeszcze nie widziano. To było bardzo budujące – mówi Dziergowski.
Kilka miesięcy po zwycięstwie w Berlinie przyszło pierwsze mistrzostwo Polski. W finale U14 w Toruniu WKK długo nie mogło oderwać się od gospodarzy. Na nieco ponad pięć minut przed końcem przewaga wrocławian wynosiła zaledwie dwa punkty. Wtedy Aleksander Lentka trafił za trzy sprzed twarzy rywala.
– Mając czternaście lat i biorąc na siebie ogromną odpowiedzialność, trafił w takim momencie. Trzeba mieć dużo wiary w siebie i odwagi, żeby wykonać coś takiego. Za chwilę ponownie dobrze zagraliśmy w obronie, po czym Alek stracił piłkę. Myślałem wtedy, że go zabiję – śmieje się Dziergowski.
WKK opanowało końcówkę i zdobyło złoto. Sukces był potwierdzeniem drogi rozpoczętej kilka lat wcześniej. Drużyna, która podczas pierwszych zagranicznych turniejów dopiero przekonywała się, że może rywalizować z europejskimi markami, stała się najlepsza w Polsce.
Kolejne sezony tylko wzmacniały pewność siebie zawodników.
– Nie miało dla nas znaczenia, czy gramy przeciwko Litwinom, Francuzom, Niemcom czy Polakom. Wychodziliśmy na parkiet i graliśmy “nasz najlepszy mecz”. Nieważne z kim – liczyła się tylko koszykówka.
Dwa lata później przyszła pora na mistrzostwa Polski U16 w Ostrowie Wielkopolskim. WKK ponownie weszło na poziom, który przez lata odróżniał je od większości krajowych rywali. W finale z Zastalem Zielona Góra wrocławianie praktycznie rozstrzygnęli spotkanie już po trzech kwartach.
– Prowadziliśmy wtedy chyba ponad trzydziestoma punktami. To był niesamowity mecz. Trafiliśmy 16 rzutów za trzy. Chłopcy byli tak nakręceni, że właściwie nie było już czego zbierać – wspomina Dziergowski.
Drugie mistrzostwo Polski było szczytowym osiągnięciem tej drużyny. Jego źródłem pozostawała nie tylko liczba utalentowanych zawodników, lecz także poziom codziennej rywalizacji.
– Często treningi z tymi chłopcami były lepsze niż późniejsze mecze z przeciwnikami. Kiedy na zajęciach spotykali się Mateusz Kaszowski, Tomek Madejski, Igor Yoka-Bratasz, Artur Krzyżyński, Marcin Brysz, Mateusz Bielecki i kilku innych bardzo dobrych zawodników, rywalizowali ze sobą na 100 procent. Nie było przeproś.
Wymagający trening rozwijał również tych, którzy w meczach nie zawsze znajdowali się na pierwszym planie. Każdego dnia trzeba było walczyć o swoje miejsce, reagować na presję i nadążać za zawodnikami, których ambicje wykraczały poza sukcesy w młodzieżowych rozgrywkach.
– Po mistrzostwach w 2017 roku każdy z nas obrał indywidualną ścieżkę dalszego rozwoju – mówi Lentka.
Lentka pomimo problemów zdrowotnych pozostał przy koszykówce i dziś przygotowuje się do rozpoczęcia sezonu w III lidze. Kaszowski rozwinął się w zawodnika o ugruntowanej pozycji na zapleczu ekstraklasy. W sezonie 2026/2027 będzie reprezentował barwy Kotwicy Kołobrzeg. Jeszcze inną drogę wybrał Igor Yoka-Bratasz. Wyjechał do Stanów Zjednoczonych, ale, jak mówi Dziergowski, z czasem obrał inną drogę
– Z czasem postanowił odejść od koszykówki, studiował reżyserię i scenopisarstwo.
Tak dzieje się w sporcie i w życiu. Ludzie, którzy przez kilka lat rozwijają się razem, z czasem zaczynają inaczej patrzeć na własną przyszłość. Nie każdy młodzieżowy mistrz Polski zostaje zawodowym koszykarzem. Nie każdy będzie też chciał nim zostać.
Nie przekreśla to wcześniejszej pracy ani znaczenia stworzonej drużyny. Jej zawodnicy zabrali ze sobą fundamenty, doświadczenia i wspomnienia z okresu, w którym należeli do najlepszych w Polsce. Były wśród nich dwa mistrzostwa kraju, zwycięstwo nad Albą Berlin czy Gravelines Dunkerque i setki godzin spędzonych w swoim towarzystwie.
Wspólny etap dobiegł końca, ale jego uczestnicy ruszyli dalej wyposażeni w coś więcej niż medale. Przez lata uczyli się rozumienia gry, współpracy, odpowiedzialności i funkcjonowania w warunkach silnej wewnętrznej konkurencji.
Doświadczenie zdobyte podczas prowadzenia tej grupy wykorzystał również Dziergowski. Po latach otrzymał od WKK pierwszy zespół występujący w I lidze i został wybrany najlepszym trenerem rozgrywek. Filozofię opartą na fundamentach, świadomej grze i rozwijaniu młodych zawodników mógł przenieść do seniorskiej koszykówki, czego efektem są ścieżki rozwoju Kuby Galewskiego czy Karola Prochorowicza, którzy po świetnych sezonach w WKK podpisali kontrakty w ekstraklasie.
Historia rocznika 2001 pokazuje, jak wiele może wydarzyć się wtedy, gdy w jednym miejscu spotkają się utalentowani zawodnicy, wymagający trener i środowisko gotowe wspólnie podróżować po Polsce i Europie. Przez kilka lat ich ambicje prowadziły w tym samym kierunku. Dzięki temu stworzyli jeden z najbardziej charakterystycznych zespołów w historii WKK.
Złote medale są pamiątkami po ich wspólnym etapie, ale dalszy scenariusz każdy z nich napisał już po swojemu. A o scenariuszach kolejnych zespołów z ulicy Czajczej przeczytasz w kolejnym odcinku serii WKK 2006-2026.