Przed rokiem zdobyłeś z drużyną złoto w kategorii U16, teraz jako pierwszy trener miałeś pod swoimi skrzydłami juniorów. Co zmieniło się od tamtego czasu?
-Przede wszystkim zespół – odeszło 4 kluczowych zawodników z tamtego rocznika. Co prawda trzon został, doszli zawodnicy z rocznika 2000 i tak naprawdę powstała nowa drużyna. Mieliśmy doświadczenie z U14, U16, z OM-ów z rocznikiem 2001, gdzie były sukcesy, natomiast trzeba było troszeczkę popracować nad mentalnością u starszych chłopców. Cały sezon był dużym wyzwaniem, ponieważ były dwa zespoły w jednym i była tam walka, kto w tej grupie ma wieść prym. Starsi bronili się wiekiem, a młodsi osiągnięciami i większym doświadczeniem. Trzeba było to mądrze poukładać.
W takim razie jak udała się ta sztuka?
-Nie ukrywam, po sezonie U16, kiedy wszystko się udawało i nie było praktycznie żadnych problemów, pierwszy mecz w Pardubicach w nowym był dla mnie traumatycznym przeżyciem (śmiech). Nie wyglądaliśmy jak zespół, bo każdy grał swoją koszykówkę. Rozumiem, że każdy chciał się pokazać przed sezonem, ale rozumienie gry i spójność grupy praktycznie nie istniały.
Skoro zacząłeś temat rozumienia gry… Od czego trzeba było zacząć naprawę tego wszystkiego?
-Od pokazania, że ta gra ma im przede wszystkim sprawiać przyjemność i że muszą nauczyć się wygrywać proste sytuacje. Na początku sezonu pokazywałem różnice między poprzednim a tym. Wtedy byli kadrowicze, którzy byli na mistrzostwach Europy i jeśli im zwracało się uwagę na jakiś element, chcąc oczywiście pomóc, to nie tylko słuchali, ale wypełniali polecenia w 150%, a nawet dodawali coś od siebie. Teraz często występowały sytuacje, gdy po zwróceniu uwagi, niektórzy obrażali się, co nie miało poparcia w ich CV z lat poprzednich i powinni wziąć parę rad do siebie. W pewnym momencie to się zmieniło, chciałem zadbać o to, by zespół się integrował – dużo jeździliśmy na sparingi do Niemiec, do Czech, graliśmy z Litwinami. Układy personalne miały wpływ i chciałem, by to wszystko miało ręce i nogi. Bardzo pomógł mi 5-dniowy obóz na feriach, do którego chłopcy byli sceptycznie nastawieni. Uważali, że nie ma po co jechać, ale wytłumaczyłem im, że to przyda się dla odświeżenia umysłu. Wielu z nich zobaczyło, że koszykówka może sprawiać frajdę. Wcześniej w swoim życiu koszykarskim może nie mieli wiele powodów do radości, a widziałem, że zaczęli się uśmiechać i wierzyć w siebie. Zobaczyli, że są przyjemne formy grania i coś zaczęło się pozytywnego dziać. Wielu z tych chłopaków, kiedy zapominali o swoich niedociągnięciach, mniej myśleli, a grali, całość wyglądała całkiem fajnie.
Czyli na początku zespołowość i zgranie, ale później z pewnością przyszedł taki moment, kiedy trzeba było skupić się na umiejętnościach indywidualnych zawodników?
-To jest akurat coś, co lubię robić. Zespół składa się z zawodników – to oni muszą grać i pokazywać na boisku, jak grają. Naprawdę dużo czasu poświęciłem, by niektórych samodzielnego rozwiązywania problemów. To do pewnego momentu wystarczy, ale mecze wygrywają kreatywni zawodnicy, którzy wiedzą, o co chodzi.
Z pewnością chłopcy z roczników 2000 i 2001 mieli wypracowane coś swojego. Jak więc uzupełniali się nawzajem?
-W 2001 jest jedna zasadnicza cecha – oni grają w koszykówkę i wiedzą, jak się wygrywa. To długi proces, który u nich nastąpił. Od najmłodszych klas podstawówki dużo ich ogrywałem. Oni czy wychodzą na mecz z Litwinami, Czechami czy Francuzami, dla nich to koszykówka i to jest mecz. Nie mają strachu w oczach, po prostu wychodzą i grają. Im większe wyzwanie, tym bardziej się nakręcają i nie stawiają się w pozycji przegranych przed meczem. Oni narzucają swoją grę, potrafią zdominować cały mecz. Na początku sezonu większość starszych oceniało, że nie są w stanie czegoś zrobić, że są zespoły silniejsze i to mnie denerwowało. Będąc na turnieju w Warszawie, chłopaki widząc Rosę Radom, już przydzielali im medal. Jak się okazało, tamci nie weszli do finałów, a my w nich graliśmy. Poza tym dużym mankamentem było to, że w prostych ćwiczeniach się poddawali. To było bardzo trudne. Mam sporą cierpliwość, ale czasami się odechciewało. Najgorsze co może zobaczyć trener to brak entuzjazmu, spuszczona głowa. Trudno się trenuje chłopców, nad którymi trzeba stać z batem i do czegoś zmuszać. To tak jakby przychodzili za karę, a gra nie przynosiła im żadnej satysfakcji.
Jakie miało to przełożenie na rozgrywki ligowe? Zakończyliście je na pierwszym miejscu z bilansem 10-0, a później przyszła walka o mistrzostwo Polski. Ostatecznie zajęliście 6. pozycję.
– Generalnie – rewelacyjny sezon. Na 12 chłopaków, 7 było z młodszego rocznika, co też ma duże znaczenie. Zespół budował się cały sezon, przebrnęliśmy ligę bez porażki. W półfinałach przegraliśmy dwoma punktami z późniejszym mistrzem Polski, co pokazało tym chłopakom, że są w stanie zapomnieć o jakichś swoich niedoskonałościach i wskoczyć na jakiś poziom. Finały dobrze rozpoczęliśmy. Zrobiliśmy sezon na 100% oczekiwań, myślę, że 6 miejsce jest adekwatne do poziomu tej drużyny, ale przy odrobinie szczęścia mieliśmy szansę na wejście do czwórki. Szkoda, że zawaliliśmy mecz z Poznaniem, bo to on zadecydował i później nie byliśmy zależni od siebie, ale samo to, że mieliśmy taką szansę dla tego zespołu byłby to nieprawdopodobny sukces.
Skupiając się na finałach w Przemyślu – świetnie rozpoczęty turniej, wygrana z bardzo mocnym Treflem Sopot – czy to było dla Ciebie jako trenera zaskoczenie?
-Nasz zespół nie był wymieniany w gronie faworytów. Wielu typowało, że możemy nie przejść nawet półfinałów. Możemy gonić zajączka jak Trefl czy Przemyśl i w końcu dogonić, bo możemy, a nie musimy. Po pierwszym wygranym meczu euforia, może zbyt wielu chłopaków uwierzyło, że już są w niebie, a mecz z Poznaniem nas zweryfikował. Mieli lidera, który wyrządził nam dużo krzywdy. Co innego jest gonić, a narzucić swój styl grania i dominować – nasz zespół tego jeszcze nie umiał i nie był jeszcze gotowy na mistrzostwo Polski. W meczu z Poznaniem otworzyła się szansa na czwórkę i być może presja niektórych zjadła. Nie byliśmy anonimowi dla innych. O ile w pierwszym meczu udało się zaskoczyć, o tyle później – widomo – rozpracowywanie przeciwnika, analiza słabych stron. Te które wcześniej udało nam się ukryć, każdy mógł ocenić i dopasować swoje układy. Michał Sitnik i Michał Kroczak świetnie zagrali na półfinałach i pokazali się z bardzo dobrej strony, w meczu z Sopotem też im się to udało, ale im dalej obrony przeciwnych zespołów były na nich skierowane, nie grało im się lekko. Michał Kroczak grał w tym roku w finałach U20, jego punkty w meczu półfinałowym ze Śląskiem okazały się na wagę finału i tam był anonimowy. W U18 każdy wiedział, że ten chłopiec będzie stanowił o sile zespołu i trudniej mu się grało – nie był tym, któremu się odpuści.
Jeśli skupimy się na mocnych stronach – są one widoczne w statystykach. Jeśli chodzi o mistrzostwa Polski, byliście trzecią najlepiej przechwytującą drużyną, co pokazuje, że defensywa była faktycznie dobrze wypracowana.
– Treningi defensywne zaprocentowały, ale też poprawiliśmy decyzyjność i czytanie gry. Dzięki temu jej rozumienie się trochę poprawiło, stąd te przechwyty. W pierwszym meczu z Sopotem założyłem sobie, że jeśli rzucimy 11 trójek to wygramy i faktycznie tyle było. Powinniśmy bazować na spacingu, timingu, grze transmisyjnej. Uważam, że bardzo dużą pracę wykonaliśmy w obronie, ale nie złapaliśmy balansu między nią a atakiem. Mocno się eksploatowaliśmy w defensywie i nie przekładaliśmy tego na ofensywę, a podwójnie traciliśmy. Dla tej drużyny jeszcze może 2-3 miesiące pracy i myślę, że byśmy to w miarę dopracowali.
Za to ofensywnie dobrze zaprezentowaliście się, jeśli chodzi o rzuty za trzy – w samych finałach byliście drugiej najlepiej rzucającą celnie zza łuku drużyną (średnio 7,3 na mecz).
– To był nasz atut – mamy świetnych strzelców. Jest kilku chłopców, którzy potrafią rzucać. Moim zdaniem tego było nawet za mało i niepotrzebnie zatrzymywaliśmy grę czy chcieliśmy robić rzeczy, których nie powinniśmy, ale to kwestia decyzyjności. Atak musiał wychodzić z obrony, z walki o zbiórki. Faktycznie trochę ich brakowało, ale cieszy, że nadrabialiśmy przechwytami.
Skoro jesteśmy już po finałach, czy można powiedzieć na głos o faktycznie stricte koszykarskich problemach tego zespołu?
– Za mało płynnie graliśmy w ataku, kulała transmisja ofensywna. Za dużo ustawialiśmy gry, mieliśmy jednego rozgrywającego na poziomie mistrzostw Polski, nie mieliśmy typowego zadaniowca do obrony i brakowało jednego, który dałby zbiórki. Łukasz Piotrowski w Przemyślu miał świetny turniej i zasłużenie dostał statuetkę MVP drużyny, ale mimo wszystko brakowało jeszcze jakiegoś wsparcia – kogoś, kto by takie dodatkowe rzeczy dołożył. Czasami zawodziła decyzyjność, może brak doświadczenia z tej rangi zawodów, boo dla niektórych był to pierwszy w życiu turniej finałowy mistrzostw Polski i spotkali się z czymś, czego do tej pory nie mieli i to wychodziło.
Wspomniałeś o Łukaszu – on w mojej opinii przeszedł naprawdę dobrą drogę od półfinałów, bardzo się rozwinął.
– Zgadza się, sezon miał średni – przeplatał go dobrymi i słabymi meczami. Finały wyzwoliły w nim energię i był bardzo zmotywowany. Nie można mieć do niego żadnych pretensji, walczył na tyle, ile fabryka dała, dał z siebie dużo – walczył często z większymi od siebie i zrobił dobrą robotę.
Mieliście okazję obserwować postęp każdego z tych zawodników. Co w tym procesie było takiego dobrego, co udało się wypracować?
– Drużyna się skonsolidowała, został skład, który dawał gwarancję wyniku. Uwierzyli w siebie. Wyszli z kompleksu, że do tej pory nie mogli sobie wielu sukcesów przypisać. Chciałem grać z mocnymi przeciwnikami, żeby nasi chłopcy zobaczyli, że mają świetny klub, bardzo dobrych trenerów, świetną organizację i nie powinni się bać nikogo, bo dostają solidne wsparcie z tej strony – mogą być tylko lepsi. Wiele rzeczy robimy takich samych jak zagraniczne kluby, tylko tamci zawodnicy je stosują, a my mamy z tym problem. Kwestia zrozumienia trenowanych rzeczy jest bardzo ważna. Miałem niekiedy wrażenie, że wiedzą wszystko, ale nie mają pojęcia, jak to zastosować.
A czy to nie było trochę tak, że odnajdywałeś siebie samego z czasów, gdy grałeś?
– Podobno uczą ci, którzy sami nie potrafili (śmiech), więc znalazłbym wiele podobieństw. To był świetny sezon, jeśli chodzi o możliwości trenerskie. Fajnie jest mieć dream team, mieć 12 chłopaków i po prostu im przyklaskiwać. Dobrze byłoby dawać odpocząć podstawowym graczom, a wszystko i tak by się układało. Ogromną mądrością u trenera jest to, by w pewnym momentach nie przeszkadzać – uczyć ich grać ze sobą, by każdy był zadowolony, a tak było przy kadetach. Ten sezon wymagał bardzo dużo pracy, zwłaszcza mentalnej. Dla mnie fajne wyzwanie, bo miałem cel – nie tylko sportowy, ale i taki, by ich uruchomić i sklecić w jedną drużynę. Jakby ten sezon zakończył się w czwórce to byłoby szczytem wszystkiego.